Immersja, gamifikacja i TPR- o co kaman?

Istnieje wiele – mniej lub bardziej skutecznych – metod przyswajania języków obcych. Wybrałam spośród nich dwie, które najlepiej sprawdzają mi się w pracy z młodszymi dziećmi – metodę immersji oraz TPR (Total Physical Response). W pracy ze starszymi uczniami wykorzystuję gamifikację. Brzmi jak czarna magia? 😉 Już wyjaśniam. 🙂

Metoda immersji to – najprościej mówiąc – uczenie angielskiego po angielsku, w sposób najbardziej zbliżony do tego, jak dziecko poznawało swój język ojczysty. Chodzi o „zanurzenie” w języku. Dzieci bardzo szybko się do tego przyzwyczajają, zwłaszcza jak im na początku wyjaśnię, jak to działa i że z każdą kolejną lekcją będą umiały i rozumiały coraz więcej.

Nie od dziś wiadomo, że dziecięce umysły chłoną wiedzę jak gąbka. Warto więc od najmłodszych lat eksponować je na więcej niż jeden język.

Trzeba przy tym pamiętać o „silent period”, czyli okresie ciszy, kiedy dziecko absorbuje i koduje informacje, ale nie czuje się gotowe do „produkcji” (wypowiadania) poznanych słów i zwrotów. Okres ten na ogół trwa około 6 tygodni. Może trwać znacznie dłużej w zależności od indywidualnych cech dziecka i częstotliwości „spotkań” z językiem obcym.

Idealna sytuacja jest wtedy, gdy oprócz zajęć w szkole językowej także w środowisku domowym dziecko doświadcza języka obcego, np. słucha wierszyków i piosenek z repertuaru dziecięcego, słucha i ogląda bajki w oryginalnej wersji językowej, gra w gry utrwalające słownictwo. Może to być zaledwie 15-20 minut dziennie, byle systematycznie.

Należy też mieć na uwadze to, że w początkowym okresie nauki dziecko się z językiem głównie „osłuchuje”. Trzeba więc studzić swoje rodzicielskie zapędy i nie sprawdzać po miesiącu czy dwóch, czy dziecko umie już zamówić pizzę w restauracji. Choć nie jest to może najlepszy przykład, bo ostatecznie wystarczy „Pizza, please”, a tyle to akurat dziecko może umieć. 😉

Na tym etapie od faktycznych umiejętności posługiwania się językiem obcym ważniejsze jest zbudowanie zainteresowania językiem obcym, inną kulturą, entuzjazm towarzyszący nauce przez zabawę, chęć uczestnictwa w zajęciach. Na namacalne efekty przyjdzie czas.

Inną, kompatybilną z rozwojem dziecka metodą jest TPR (Total Physical Response), czyli metoda reagowania całym ciałem. Ruch jest naturalną potrzebą dziecka, dlatego wplata się go w proces nauczania. Na przykład, jeśli uczymy dziecko wierszyka, w którym występują słowa biegać skakać, to dziecko te czynności wykonuje podczas słuchania wierszyka lub samodzielnej już recytacji. Skojarzenie danego ruchu ze słowem pozwala dzieciom łatwiej je zapamiętać.

Jeśli zaś chodzi o uczniów klas starszych (niż 1-3 SP), to na jednych z pierwszych zajęć wyposażam ich w wiedzę o tym, jak się uczyć, żeby się nauczyć. I że spanie na książce ma wątpliwą skuteczność. 😉 Podchodzę do tego tematu holistycznie, czyli rozmawiamy nie tylko o metodach i technikach wspomagających proces zapamiętywania, lecz także o odpowiednim traktowaniu swojego ciała tak, by było skłonne do współpracy (m.in. odpowiednie odżywianie, nawadnianie, higiena pracy umysłowej, zdrowy sen). Warto tutaj wspomnieć, że zestresowany mózg nie współpracuje. A na samopoczucie ucznia i jego mózgu wpływa wiele czynników, o których być może zrobię osobny wpis.

Oprócz tego w procesie nauki wykorzystuję gamifikację, czyli sprawiam, że nauka staje się przyjemna, ma formę gier (np. typu escape room, trimino) i zabaw dydaktycznych, przez co uczeń nie kojarzy jej z przykrym obowiązkiem czy wkuwaniem.

Inwestycja w rozwój dziecka zawsze się opłaca. Zachęcam do skorzystania z mojej oferty zajęć dla dzieci i młodzieży z klas 0-8.

 

Posted in    Tak uczę

Tagi:gamifikacjaimmersjajęzyk angielskinauka języków obcychTotal Physical Response

Sukcesy absolwentów

Wybrałam swój zawód już w dzieciństwie. Możliwe, że odziedziczyłam go społecznie, gdyż kilka osób z mojej najbliższej rodziny także go wykonywało. Wiedziałam, że nie wiąże się to z jakimiś superzarobkami, ale widziałam u nich ten błysk w oku sugerujący, że mimo wszystko bardzo lubią swoją pracę. Ja podobno też ten błysk mam. 🙂 I nie jest to zaćma. 😉

Pamiętam, że jako dziecko zakładałam sobie dzienniki, w które wpisywałam imiona i nazwiska osób ze swojej prawdziwej klasy, sprawdzałam obecność i wpisywałam oceny. 🙂 Mając lat 12 siadałam przy biurku ze swoją 5-letnią wówczas siostrą i uczyłam ją kaligrafii, prowadząc jej rączkę. Miałam tak silne przekonanie o tym, kim będę w przyszłości, że nawet zostawiłam swój zeszyt do polskiego z pierwszej klasy, żeby kiedyś pokazać swoim uczniom, jak ich pani pięknie pisała jako dziecko. Niestety, podczas generalnych porządków rodzice cichaczem wyrzucili go wraz z innymi, ich zdaniem zbędnymi, rzeczami. 😦 Oj, to była rozpacz. 😉

Żeby nie było tak słodko i gładko, miałam też moment zwątpienia. Nastąpił on w momencie, gdy próbowałam swojej najmłodszej siostrze wytłumaczyć, czym są ułamki. Rysowałam różne przedmioty, wycinałam, rozdzielałam całość na części, kroiłam owoce, dosłownie stawałam na rzęsach i… nic. Aż się z tej swojej bezskuteczności popłakałam. Mimo to, gdy nadszedł moment wyboru kierunku studiów, nie miałam większych wątpliwości, co chcę dalej robić. Wahałam się tylko między pedagogiką a angielskim. W tamtym momencie zwyciężyła pedagogika, ale z biegiem czasu moje przeznaczenie mnie dogoniło i zrobiłam też studia filologiczne.

Angielski od zawsze był moją pasją. Zapałałam do niego miłością w momencie, gdy poznałam swoją kuzynkę z Anglii i pojawiła się szansa na kontakt korespondencyjny. W tamtych czasach nauka języków obcych była w naszym kraju luksusem, dostępnym tylko dla nielicznych. Moja przygoda zaczęła się dość późno, bo w klasie 3 szkoły podstawowej. Z tego względu bardzo zazdroszczę młodszym pokoleniom, które uczą się języków obcych już od przedszkola, a nawet wcześniej.

Pierwsze lekcje pobierałam u swojej cioci, która uczyła tego języka w jednej z lokalnych szkół. Szybko złapałam bakcyla. Teraz już wiem, że ciocia przyłożyła do tego rękę stosując metody aktywizujące i sprawiając, że nauka była przyjemnością. Dodatkowym motywatorem była wymiana listów z kuzynką. Koleżanki i koledzy z liceum do tej pory pamiętają mnie siedzącą na przerwach ze słownikiem polsko-angielsko-polskim w ręku. Wertowałam go w poszukiwaniu ciekawych słówek i zwrotów. Tłumaczyłam sobie teksty grunge’owego zespołu Pearl Jam. Do tej pory potrafię zaśpiewać każdą ich piosenkę z pierwszego albumu.

Kiedy w czasie mojej nauki w liceum pojawiła się możliwość wyjazdu na wycieczkę do Londynu, babcia wycofała oszczędności z prowadzonej dla mnie książeczki mieszkaniowej, byleby pomóc mi spełnić to marzenie. Zobaczyłam wtedy większość atrakcji turystycznych w stolicy Anglii. Bywałam później w tym mieście wielokrotnie, ale już nigdy pobyt nie był tak intensywny jak za pierwszym razem. A może to urok „pierwszego razu”? 🙂

Od początku swojej kariery zawodowej wkładałam wiele serca w swoją pracę i przynosiło to słodkie owoce w postaci sukcesów moich uczniów. Tak jak ciocia, stosowałam różnorodne metody i techniki nauczania, mając na celu pokazanie uczniom, że English is fun (moje i starsze pokolenie może pamiętać podręcznik o takim tytule). Zanim pojawiły się możliwości związane z rozwojem technologii cyfrowej i jej powszechną dostępnością proponowałam uczniom korespondencję z dziećmi mojej kuzynki lub uczniami koleżanki z Hiszpanii poznanej w Anglii na kursie dla nauczycieli, prenumeratę anglojęzycznych czasopism, zorganizowałam wycieczkę do Londynu, wygrałam dla szkoły grant w postaci oprogramowania Reading Companion wspierającego naukę angielskiego poprzez czytanie książeczek w tym języku, co roku świętowaliśmy Tydzień Języków Obcych, podczas którego uczniowie prezentowali swoje umiejętności lingwistyczne – wszystko po to, by pomóc im używać tego języka w praktyce, żeby widzieli jego przydatność. I to taką na teraz, na już, a nie w dalszej perspektywie (czyli np. studia, praca), która była zbyt odległa, by mogła ich na bieżąco motywować. Ale nade wszystko myślę, że zarażałam ich swoim entuzjazmem.

Do napisania tego postu skłoniła mnie seria przypadkowych spotkań i rozmów z moimi absolwentami w ostatnim czasie. Mają dziś po dwadzieścia-dwadzieścia kilka lat, stoją u progu dorosłego życia, decydują o tym, co dalej. Spotykają mnie przypadkowo na ulicy, na bieżni lub zaczepiają w mediach społecznościowych i… dziękują. Za to, że kilka, kilkanaście lat temu pokazałam im, że angielski jest fajny, że nauka języków obcych jest ważna. I że oni właśnie wygrali jakąś olimpiadę, śpiewająco zdali maturę z angielskiego, wybrali studia filologiczne albo wyjeżdżają za granicę, bo znając dobrze język czują się obywatelami świata.

Czuję ogromną radość z tego, co udało im się do tej pory osiągnąć, bo wiem, ile wysiłku musieli w to włożyć. Ja ich tylko zachęciłam, pokazałam, że warto. Cała reszta przyszła dzięki ich zaangażowaniu.

Jestem z Was dumna, Kochani Absolwenci! The world is yours! Enjoy your life! :-* ❤

Image by Gerd Altmann from Pixabay

Nie każdy szewc bez butów chodzi

Jako nauczycielka nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała zastosować wyuczonej teorii w praktyce… na własnym dziecku.

Zaczęliśmy dość szybko, bo… jeszcze w okresie ciąży. Tak się złożyło, że synek urodził się w trakcie moich studiów filologicznych. Chcąc nie chcąc, był więc przez dziewięć miesięcy ich mimowolnym „słuchaczem”.

Potem, gdy się urodził, jeździł ze mną na zaliczenia i egzaminy, bo akurat zaczęła się sesja. Nie będzie przesadą jeśli powiem, że angielski wyssał z mlekiem matki. 😀 Ponieważ początek macierzyństwa to głównie karmienie i spanie, to często zdarzało się, że jedną ręką (ramieniem) obejmowałam dziecko, a drugą przewracałam kartki z notatkami.

Gdyby ktoś się zastanawiał, czy da się pogodzić macierzyństwo i studia, to odpowiedź brzmi „tak, ale…” Po pierwsze, nie jest łatwo, trzeba się dobrze zorganizować. Ale jak już się człowiek w tej nowej rzeczywistości ogarnie, to daje radę i to nawet lepiej niż w czasach, gdy był bezdzietny. Po drugie, nieoceniona jest pomoc bliskiej osoby, która nas trochę odciąży. Bez tego byłoby mi dużo trudniej. Zdecydowanie trudniej byłoby mi też bez wsparcia życzliwych koleżanek, które użyczyły mi swoich notatek.

Naturalnym było dla mnie, że do snu kołysać będę dziecko śpiewając mu angielskie piosenki i kołysanki. Ja nie wiem… albo śpiewałam za głośno, albo fałszowałam, bo mój mały meloman… zatykał uszy! Z kolei, gdy mówiłam do niego coś po angielsku, krzywił się niezadowolony, jakby chciał zapytać: „Ale po jakiemu ty do mnie mówisz, mamo?” Na trochę dałam sobie spokój, żeby go niepotrzebnie nie zniechęcić. Od czasu do czasu podejmowałam kolejne próby, ale starałam się nie być zbyt nachalna.

Jak już się nauczył mówić i usłyszał, że mówię do niego w obcym języku, to protestował słowami: „Mama nie” albo „Mama peciań” (czyli „przestań”). I znowu dawałam sobie na wstrzymanie.

Wszystko się zmieniło, gdy synek w wieku 4 lat poszedł do przedszkola. A tam… angielski! Kładę go któregoś wieczoru spać, a on tradycyjnie opowiada mi o tym, co mu się akurat przypomniało. I mówi: „Dzisiaj w przedszkolu był angielski”. Na te słowa aż się ożywiłam. „I czego was pani uczyła?” – pytam. A on: „Hello! I’m Adam. What’s your name?” Szaaaaał! 😀 Mimo późnej pory pobiegłam do sąsiedniego pokoju po telefon i całą tę wypowiedź nagrałam na pamiątkę. 🙂

Od tego momentu wszystko się zmieniło. Synek wracał z przedszkola i śpiewał piosenki, mówił wierszyki i poznane słówka. Podchodził do tego z dużo większym entuzjazmem niż na samym początku. Pani bardzo go chwaliła, bo szybko łapał nowe słówka.

Nauczyłam go znanej nursery rhyme „Baa baa black sheep”, a on… nauczył dzieci w przedszkolu. Bawił się z nimi w angielski i linijka po linijce nauczył ich tej piosenki. Ba! Nawet im wyjaśnił po kolei, co to znaczy, żeby wiedziały, o czym śpiewają. Moja krew! 😀

Potem wspólnie śpiewaliśmy kolędy i piosenki świąteczne (m.in. „We wish you a Merry Christmas”, „Jingle bells”, wielkanocną piosenkę z kursu Sparks wydawnictwa Oxford), nagrywaliśmy filmiki i wysyłaliśmy rodzinie z zagranicy.

Coraz częściej słyszałam od dziecka pytania, typu: „Mamo, a jak jest po angielsku…?” W ten sposób nauczył się tego, co go interesowało. Jednym z pierwszych zwrotów było „My pleasure” w odpowiedzi na „Thank you very much”. Uroczo, prawda? 🙂 Na dobranoc mówiliśmy sobie „Good night. Sleep tight. Don’t let the bedbugs bite”. Tym, co mnie najbardziej wzrusza do tej pory, jest: „I love you to the moon and back”. ❤

Gdy zaczęłam niedawno prowadzić lekcje pokazowe, chodził ze mną (bo nie miałam go z kim zostawić). Był jednym z najmłodszych uczestników, ale brał aktywny udział we wszystkich zajęciach, robił to, co inne dzieci, zgłaszał się do odpowiedzi. Na koniec zajęć pokazał paluszkiem, że chce mi coś szepnąć do ucha. Nachyliłam się, a on powiedział mi: „Fajne te twoje lekcje. Mogę się do ciebie zapisać?” I to jest chyba dla mnie najsłodszy feedback i… najlepsza rekomendacja. 🙂

Może raz, może dwa?

Zauważyłam, że rodzice zapisujący dzieci na zajęcia dodatkowe, szczególnie językowe, często mają dylemat, na ile godzin tygodniowo się zdecydować. Czynnikiem, który niejednokrotnie nie pozostawia im wątpliwości, są finanse. Decydują się więc na tyle godzin tygodniowo, na ile ich stać.

Zdarza się również, że ci, którzy początkowo zdecydowali się na godzinę zajęć tygodniowo, po pewnym czasie zwiększają ją o kolejną. Czy to dużo, mało czy w sam raz?

Wiele zależy od tego, jaki postawimy sobie cel. Jeśli uczeń uczy się hobbistycznie i nie ma parcia na wynik, to godzinka tygodniowo wydaje się być wystarczającą inwestycją. Jeśli celem zajęć jest nadrobienie zaległości lub omawianie tego, co dzieci aktualnie przerabiają w szkole, to odpowiednie wydają się dwie dodatkowe lekcje w tygodniu. W przypadku nauki pod konkretny egzamin liczba godzin uzależniona jest od różnicy pomiędzy wiedzą dotychczas posiadaną a tą docelową. Kluczowe znaczenie ma tu też zaangażowanie ucznia i jego praca samodzielna w domu.

Uczeń potrzebuje średnio od 120 do 160 godzin nauki, żeby przejść na wyższy stopień znajomości języka (porównaj: https://www.umcs.pl/pl/poziom-jezykowy-a-liczba-godzin-nauki,11307.htm). W skali poziomu biegłości CEFR (po polsku ESOKJ) tych stopni jest 6: A1, A2, B1, B2, C1, C2. Żeby uświadomić Ci, o co mniej więcej chodzi, powiem tak: egzamin ósmoklasisty z języka obcego jest na poziomie A2 (czasem pojawia się określenie A2+, choć tych plusów oficjalnie się nie używa, może to być umownie nieco więcej niż A2, ale mniej niż B1). Podobnie matura na poziomie podstawowym, to również A2+/B1.

Znajomość języka obcego na poziomie A2 oznacza, że: „Osoba posługująca się językiem na tym poziomie rozumie wypowiedzi i często używane wyrażenia w zakresie tematów związanych z życiem codziennym (są to np.: bardzo podstawowe informacje dotyczące rozmówcy, jego rodziny, zakupów, otoczenia, pracy). Potrafi porozumiewać się w rutynowych, prostych sytuacjach komunikacyjnych, wymagających jedynie bezpośredniej wymiany zdań na tematy znane i typowe. Potrafi w prosty sposób opisywać swoje pochodzenie i otoczenie, w którym żyje, a także poruszać sprawy związane z najważniejszymi potrzebami życia codziennego.” (za: https://egzaminy-jezykowe.studentnews.pl/serwis.php?s=1664&pok=57932).

W ciągu ośmiu lat nauki w szkole podstawowej uczeń ma na to łącznie ok. 630 godzin (180 godzin w klasach 1-3 i 450 godzin w klasach 4-8, uczniowie klas 7., którzy rozpoczynają przygodę z drugim językiem obcym, mają na jego opanowanie 120 godzin). Mimo że liczba 630 godzin potrafi przyprawić o zawrót głowy, to średni wynik egzaminu ósmoklasisty z języka angielskiego w 2021 roku wyniósł 66%, z j. niemieckiego 49%. Czyli zgodnie z powszechnie stosowanymi widełkami ocen, jest to ledwie trója. Przyczyn tego stanu rzeczy jest, oczywiście, wiele i można o nich długo rozprawiać. Chodzi o to, że ilość nie musi mieć przełożenia na jakość.

Uczniowie, którzy mają w szkole język obcy w wymiarze 2 godzin tygodniowo przepracują z nim ok. 60 godzin rocznie, w przypadku 3 godzin tygodniowo to ok. 90 godzin rocznie. Znaczącą kwestią jest tu zaangażowanie ucznia w proces nauki. Są tacy, którzy „uczą” się, a właściwie tylko są obecni na zajęciach, kilka lat i wciąż „ani be, ani me, ani kukuryku”. W przypadku nauki języka większe znaczenie od predyspozycji mają samodyscyplina i systematyczność. O kluczach do sukcesu pisałam tutaj https://akademiapanimagdy.com/2022/01/29/klucze-do-sukcesu/.

Z kolei  u dzieci z  klas 1-3 trzeba wziąć pod uwagę występowanie silent period (zwanego okresem ciszy) https://danapis.pl/2017/11/01/silent-period-czy-przedszkolak-wie-ale-nie-zawsze-powie/, który w zależności od cech indywidualnych może trwać od kilku tygodni do kilku miesięcy, w porywach do roku lub nawet dłużej. Oznacza to, że w tym czasie dzieci głównie osłuchują się z językiem, ale nie czują się jeszcze gotowe powtarzać lub samodzielnie tworzyć wypowiedzi. Tymczasem wielu rodziców właśnie na to liczy lub oczekuje, że drugoklasista po 30-godzinnym kursie będzie się sprawnie porozumiewał w sklepie, hotelu czy na lotnisku w czasie wakacji. Może niektóre dzieci dadzą radę sprostać temu wyzwaniu, nie przeczę. Nie można jednak wymuszać na dziecku gotowości, której ono w sobie jeszcze nie ma.

Pragnę podkreślić, że nauka w tym wieku odbywa się głównie przez zabawę, śpiew, recytację, naśladowanie i dotyczy najbliższego środowiska dziecka, jak dom czy szkoła. Dialogi w sklepie, na dworcu czy lotnisku pojawiają się później, gdy doświadczenie dziecka też jest większe.

Wspominałam tu (na blogu) już wielokrotnie, że do tanga trzeba dwojga. Jeśli uczeń widzi cel swojej nauki, jest zdeterminowany, by go osiągnąć, to jest to zupełnie inna praca niż z uczniem, który przychodzi, bo mu mama każe.

Są wśród moich absolwentów tacy, którzy zdali maturę na 100%, egzamin ósmoklasisty na 96%, 85%, tacy, którzy w rok zrealizowali ze mną 2,5 roku nauki szkolnej albo w pół roku to, co normalnie robi się w półtora. Można, da się, ale pod warunkiem, że dziecko współpracuje. Co to znaczy? To znaczy, że uczeń wie, po co do mnie przychodzi i owocnie wykorzystuje ten czas, aktywnie uczestniczy w zajęciach, w miarę możliwości wykonuje zadania dodatkowe.

Z tymi, którzy nie przejawiają entuzjazmu w nauce również pracuję najlepiej jak potrafię, ale ich wyniki są adekwatne do włożonego przez nich w ten proces wysiłku. Dobra wiadomość jest taka, że nastawienie można zmienić. I to się często dzieje.

Czy teraz łatwiej będzie Ci podjąć decyzję o tym, na ile godzin języka tygodniowo zapisać siebie lub dziecko?

Klucze do sukcesu

Któż z nas nie chciałby wejść w posiadanie pęku kluczy do sukcesu? 😉 Kto jest gotów włożyć trochę wysiłku w to, by je zdobyć? A może już je masz, tylko o tym nie wiesz?

Odkąd pamiętam, powtarzam swoim uczniom, że systematyczność jest kluczem do sukcesu. Wystarczy 5-10 minut, byle regularnie. Niektórzy współcześni badacze z dziedziny psychologii są zdania, że samodyscyplina jest dużo ważniejsza i skuteczniejsza niż motywacja. Oznacza to, że naukę własną należy sobie zorganizować, zaplanować i tego się trzymać, nawet jeśli ciekawsze zajęcia (gry, tik toki czy scrollowanie dowolnych mediów lub inne) wodzą nas na pokuszenie.

Tych umiejętności może Wasze dziecko nauczyć pan Waldemar Howil, który od 19 lutego br. poprowadzi w Akademii wiosenną edycję kursu Skutecznej nauki. Zapisy tutaj: https://www.edukacyjnekaizen.pl/strona-glowna/sklep/ W szkole tego nie uczą, a szkoda! Tym bardziej polecam dzieciom i młodzieży ten kurs. Wszak każdy jest kowalem swego losu i… sukcesu.

Moi uczniowie ćwiczą w domu poznane na lekcji słownictwo na platformie Learnote.pl http://www.learnote.pl/ (są tam gry dydaktyczne, materiały audio i video). Ci z nich, którzy robią to regularnie, sami zauważają, jak szybko robią postępy. Zaangażowanie to kolejny klucz do sukcesu. Bez tego nie ma mowy o efektach, choćby nauczyciel stawał na rzęsach i stosował najnowsze metody i techniki nauczania.

Zajęcia w Akademii prowadzone są tak, że każdy uczeń jest aktywny. Oczywiście, nie zmuszamy nikogo do odpowiedzi, ale zachęcamy do aktywnego udziału w zajęciach w myśl zasady, że nie da się nauczyć pływać bez pływania, jeździć na rowerze bez jazdy na rowerze i angielskiego bez używania go.

Tworzymy na zajęciach pozytywną atmosferę sprzyjającą nauce. Jeśli dziecko się boi, jest zestresowane, jego mózg będzie walczył o przetrwanie zamiast nabywać nowe wiadomości i umiejętności. Musi więc być miło i bezpiecznie – również w domu, bo jak wiadomo, dziecko przynosi do szkoły dwa plecaki: jeden z książkami, drugi z emocjami i przeżyciami. I nie da się tego zignorować ani rozdzielić.

Wziąwszy to pod uwagę, jak również emocje dzieci związane z nauczaniem zdalnym, doświadczaniem okresowej izolacji od rówieśników i inne, zaopatrzyłam się w zestaw piłeczek sensorycznych, zwanych przez dzieci ogóraskami z racji ich wyglądu. Chętni uczniowie mogą je wykorzystywać podczas zajęć do delikatnego masażu dłoni, przedramion, stóp w celu uwolnienia towarzyszącego im napięcia.

Najczęściej padającym z ust uczniów pytaniem jest: Po co mi to? Gdy sami potrafią sobie na to pytanie odpowiedzieć, wzrasta ich pęd do nauki. Łatwiej jest osiągnąć cel, gdy ma się go zdefiniowanego, jest on realny do osiągnięcia, mierzalny, istotny i określony w czasie (w skrócie SMART).

Na ogół celem uczniów jest dobry wynik z egzaminu. Inne, takie jak przydatność danej umiejętności w życiu, możliwość nawiązywania międzynarodowych przyjaźni (a potem kontaktów biznesowych), dobre studia itd. to dla dzieci i młodzieży zbyt odległe i zbyt abstrakcyjne powody, by się nimi zainteresowały.

Niekiedy dzieci i młodzież korzystają z różnych form wsparcia w nauce, bo… rodzice im każą. Jest to nie lada wyzwaniem dla nauczyciela/tutora/korepetytora, ponieważ można konia przyprowadzić do wodopoju, ale nie zmusi się go, żeby pił.

Dzieci z natury są ciekawe świata, chętnie uczą się przez zabawę. Ta wspaniała przygoda, jak wynika z badań, kończy się często wraz z przekroczeniem progu szkoły. Na szczęście, coraz więcej jest szkół alternatywnych, Budzących Się Szkół, w których uczeń jest podmiotem procesu nauczania-uczenia się, a nie tylko numerkiem w dzienniku uczestniczącym w powszechnej testozie i ocenozie. Coraz większą popularnością cieszy się również edukacja domowa, która pozwala rozwijać dziecko zgodnie z jego pasjami i możliwościami.

W Akademii chętnie towarzyszymy dzieciom i młodzieży w procesie nauczania-uczenia się, wdrażamy do przejmowania coraz większej autonomii i odpowiedzialności za efekty nauki własnej. Dostosowujemy poziom trudności i tempo pracy do danej grupy.

Są wśród naszych uczniów tacy, z którymi w pół roku realizujemy materiał obejmujący 1,5 roku nauki szkolnej albo w rok robimy tyle, co szkoła w 2,5 roku. Jak napisałam powyżej, do tanga trzeba dwojga. Jeśli uczeń jest zaangażowany, jest mu dużo łatwiej osiągnąć więcej.

Są też uczniowie, u których przyrost wiedzy nie jest tak spektakularny, i to też jest w porządku. Każdy uczy się w swoim tempie, ma określone możliwości i ograniczenia. Najważniejsze, że robi postępy.

Bardzo mnie cieszy, gdy u dzieci, które początkowo są wystraszone (czemu pani mówi tylko po angielsku, przecież ja nic nie rozumiem) obserwuję stopniowy wzrost entuzjazmu i wiary w siebie i swoje możliwości lingwistyczne. Przeurocze jest to, że dzieci tak bardzo kojarzą mnie z językiem angielskim, że mijając mnie na ulicy, wołają Hello! zamiast Dzień dobry. 😊

Nawet moi najmłodsi uczniowie wiedzą, że Practice makes perfect, dlatego organizuję im sytuacje, w których mogą wykorzystać swoje umiejętności w praktyce. Bierzemy udział w spotkaniach online z nauczycielami z Afryki dzięki www.goodmorningearth.org.pl, w webinarach Leo Academy, a w planach mamy regularne spotkania online z rówieśnikami z różnych stron świata.

Wyobraź sobie, że i Ty, i Twoje dziecko trzymacie w ręku pęk kluczy do sukcesu. To od Was zależy, czy odłożycie je na półkę, czy zaczniecie nimi otwierać kolejne drzwi.

Drzwi do Akademii stoją dla Was otworem. Zapraszam serdecznie do współpracy i korzystania z naszej wiedzy i kompetencji, którymi chętnie się z Wami podzielimy.

Jakoś czy jakość?

Cieszy nas niezmiernie, że rodzice są coraz bardziej świadomi tego, że wydatki na edukację dzieci są doskonałą inwestycją w ich rozwój. Oprócz wspólnego quality time (czyli wartościowego wspólnie spędzonego czasu) to najlepsze, co mogą zrobić dla swoich pociech. To wszystko ma wysoki wskaźnik zwrotu z inwestycji, czyli krótko mówiąc, bardzo się opłaca.

Dzieci uwielbiają spędzać czas z rodzicami. Wspólne spacery, wyprawy, wygłupy, gry, czytanie książek i inne figle mają dla dzieci ogromne znaczenie. Czują wtedy, że są dla rodziców ważne, a dzięki wspólnym radosnym aktywnościom budują z rodzicami silną więź. Gdy w domu panuje miłość i radość, dzieci mają wspaniałe warunki do wszechstronnego rozwoju. Dobra, zejdźmy na Ziemię i zdejmijmy różowe okulary. Taki idealny obrazek gości zapewne w niewielu domach. Na ogół jednak wygląda to tak, że tkwimy w kieracie praca-dom i po wypełnieniu większości zawodowych i domowych obowiązków nie mamy już zbyt wiele siły ani ochoty na beztroskie zabawy z dzieckiem. Często oczekujemy wtedy od dzieci, że same się sobą zajmą.

Pierwszym krokiem do zmiany takiego stanu rzeczy jest uświadomienie sobie, że właśnie tak to wygląda. Been there, done that, więc wiem, o czym mówię. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale idealne domy i rodziny nie istnieją. Każdy z nas boryka się z mniejszymi lub większymi problemami w życiu. Kwestia tylko, jak kto sobie z nimi radzi.

Dla mnie momentem zwrotnym była konsultacja z coachem Magdaleną Samul-Szerwińską, którą wylicytowałam na jednej z aukcji charytatywnych. Nie spodziewałam się, że wygram, ale zdaniem niektórych, w życiu nie ma przypadków. Było mi to potrzebne, nawet jeśli nie zdawałam sobie z tego sprawy. Podczas tego spotkania padły z moich ust słowa, o zapisanie których zostałam poproszona. Było to dla mnie bardzo trudne zadanie, pisałam to ze łzami w oczach. Brzmiało ono: „Przegapiam dzieciństwo swojego dziecka, a to nie jest tego warte”. Lubię swoją pracę, dlatego poświęcam jej dużo czasu, ale moje dziecko jest dla mnie przecież najważniejsze. I nagle za pomocą drobnych zmian w harmonogramie dnia wygospodarowałam czas na quality time z własnym dzieckiem. Można? Można!

Zyskałam wówczas okazję do przyjrzenia się zainteresowaniom synka, temu, w jaki sposób najchętniej spędza wolny czas. W wyniku tych obserwacji zapisałam go na zajęcia dodatkowe (żeby się nie okazało, że szewc bez butów chodzi), w których udział sprawia mu wielką przyjemność, a przy okazji pozwala się rozwijać.

Quality time zyskał w obecnych czasach jeszcze większe znaczenie z uwagi na szereg niekorzystnych okoliczności, z jakimi przyszło się mierzyć współczesnym dzieciom i młodzieży (wielokrotna kwarantanna, izolacja od rówieśników, brak systematycznej nauki w szkole, ocenoza i testoza ze strony nauczycieli, wszechobecny lęk). Teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebują oni naszego wsparcia i naszej obecności. Gdyby ktoś z Was szukał profesjonalnego wsparcia dla siebie lub dziecka, to polecam panią Katarzynę Mućko (Szczecin) oraz panią Renatę Olszewską (konsultacje online dla osób dorosłych).

Wspomniane wyżej niekorzystne okoliczności sprawiły również, że dzieci długo nie rozwijały się w zgodzie ze swoim potencjałem, lecz wręcz go marnowały. Sprzyjało temu nauczanie zdalne, które przez długi czas było protezą nauczania w szkole. Okazało się, że ogromna rzesza dzieci nie odnalazła się w tym, czyli w sytuacji, gdzie nagle cała odpowiedzialność za efekty nauki spadła na ich wątłe jeszcze barki. Nikt ich do tego nie przygotował, nie powiedział i nie pokazał, jak organizować naukę własną, jakich metod i technik używać, żeby ta nauka była przyjemna i skuteczna. Był to czas, kiedy rodzina mobilizowała siły, żeby jakoś odnaleźć się w tym szaleństwie i w wyznaczonym terminie odesłać wszystkie zlecone przez nauczycieli zadania. Oczywiście, nie można całej winy za taki obrót spraw zrzucać na nauczycieli. Im również nikt nie pomógł. Rzucono ich na głęboką wodę i każdy z nich radził sobie najlepiej, jak umiał.

Z moich obserwacji wynika, że niektóre dzieci uwsteczniły się przez ten czas, wiedzą i potrafią mniej niż ich rówieśnicy jeszcze kilka lat temu. Ogromnie spadły im aspiracje i motywacja do nauki. Tym większa nasza rola jako dorosłych, żeby im w tej sytuacji pomóc. To nie jest tak, że dzieci to „jakoś” nadrobią. To „jakoś” się nie wydarzy bez naszego zaangażowania i naszej pomocy.

Z kolei jeśli uważasz, że nie stać Cię na zapewnienie dzieciom płatnych zajęć pozalekcyjnych, to najwyższa pora zmienić to przekonanie. Pomaga w tym m.in. Marta Manterys, która prowadzi na Facebooku grupę Pokochaj pieniądze i pokazuje, jak w kilku prostych krokach zmienić swoje nieprawidłowe przekonania wobec pieniędzy, a w konsekwencji mieć ich więcej. Polecam spróbować. Nie ma tam żadnych szemranych biznesów, żadnych podejrzanych inwestycji, jest tam wyłącznie praca nad sobą, swoimi nawykami i przekonaniami. Kto czuje się gotów wziąć udział w takim wyzwaniu?

Tymczasem zachęcam Cię do zainwestowania 350 zł w kurs koncentracji, pamięci i logicznego myślenia dla uczniów klas 1-3. To niecałe 32 zł za 60 minut bardzo wartościowych zajęć. Wykorzystaj czas, kiedy umysł Twojego dziecka jest najbardziej chłonny i pozwól mu w pełni odkryć i wykorzystać swój potencjał. Uwaga! W szkole tego nie uczą!

Mamy też grupę uczniów z klas 4-6, jeśli masz dziecko w tym wieku. Zajęcia kosztują 450 zł (czyli niecałe 41 zł za 60 minut zajęć) i odbywają się stacjonarnie w wybrane soboty. Przy zakupie dowolnych 2 kursów (mamy w ofercie również kurs przygotowujący do egzaminu 8-klasisty z języka polskiego) aktywuje się zniżka 50 zł.

Zajęcia prowadzi pan Waldemar Howil – wieloletni nauczyciel, egzaminator OKE, tutor, absolwent studiów podyplomowych na kierunku “Trener zdolności poznawczych (pamięć, uwaga, twórczość)” na Uniwersytecie SWPS w Katowicach. Pan W. Howil należy także do zaszczytnego grona Superbelfrów.

Zapraszamy do współpracy! Link do zapisów: 

https://www.edukacyjnekaizen.pl/…/wiosenny-kurs…/

Po co mi magiczna różdżka?

Jestem pewna, że wielu z nas – zarówno dorosłych, jak i dzieci – chciałoby mieć magiczną różdżkę, która spełniałaby nasze marzenia. Wystarczyłoby nią pomachać i… gotowe!

Znam paru rodziców, którzy wiele by dali za możliwość posiadania różdżki z mocą zmieniającą psotne dzieci w grzeczne. Ba! Niektórym się wydaje, że nauczyciele taki gadżet posiadają. Zdarza im się wręcz straszyć dzieci: „Pójdziesz do szkoły, to pani cię ustawi.” I wyświadczają nam tym niedźwiedzią przysługę, zniechęcając do nas dzieci już na starcie.

Jako ciekawostkę podam fakt, że charakter dziecka, jego dobre lub złe nawyki, sposób wyrażania emocji itp. kształtowane są przez pierwsze 6-7 lat życia. Zatem w momencie, gdy dziecko rozpoczyna naukę w szkole, jest już pod tym względem ukształtowane. Oczywiście, niektóre złe nawyki można skorygować, ale trzeba mieć na uwadze to, że proces ten potrwa połowę czasu, który upłynął na utrwalenie się złego nawyku.

Osobiście wolę, żeby dziecko głośno manifestowało swoje niezaspokojone potrzeby (a to najczęściej postrzegamy jako niegrzeczne zachowanie, tymczasem to zachowanie jest tylko zasłoną dymną dla problemów, z którymi dziecko nie umie sobie poradzić) niż żeby było potulne jak baranek. Wcale nie trzeba tresować dziecka jak tygrysa w cyrku, żeby można się z nim było dogadać w kwestii wypełniania obowiązków i posłuszeństwa. Dużo skuteczniej działa tu własny dobry przykład i autorytet budowany na miłości i wzajemnym szacunku.

Ponadto problemy w zachowaniu dziecka są na ogół wtórne. Biorąc pod uwagę istnienie neuronów lustrzanych (w skrócie: dzieci naśladują to, co obserwują) przyczyn problemów w zachowaniu należy upatrywać w najbliższym otoczeniu dziecka, niekoniecznie zaś w nim samym. W czasach, gdy życie dorosłych toczy się w szalonym tempie, nie tak trudno jest przeoczyć potrzeby dziecka, zwłaszcza te emocjonalne (przytulenia, rozmowy, uwagi, bycia ważnym dla rodzica). Uświadomienie sobie tego jest często pierwszym krokiem do uzdrowienia sytuacji.

Osobom, które czują, że potrzebowałyby wsparcia w tym zakresie i są z okolic Szczecina, polecam kontakt z panią psycholog i psychoterapeutą Katarzyną Mućko (ma swój profil na fb, udziela również konsultacji online). *

Czy zatem mam i używam w pracy magicznej różdżki? Tak, ale w zupełnie innym celu niż mogłoby się wydawać. Jest ona szczególnie przydatna przy wprowadzaniu czasów Present Simple i Past Simple, kiedy to uczniowie dowiadują się o magicznej mocy słówek does/doesn’t oraz did/didn’t, która to magiczna moc usuwa końcówkę -s lub -d/-ed z czasownika głównego.

Ot, i cała tajemnica. 😉

PS. Nożyczki ze zdjęcia służą do „odcinania” końcówek czasowników regularnych podczas tworzenia pytań i przeczeń.

*Nie jest to artykuł sponsorowany. Jest to rekomendacja na podstawie mojej subiektywnej opinii.

Call Now Button